wywiady

FABOO – Poznań / Stary Browar XII 2009

NIGDY NIE NARZEKAM NA RZECZYWISTOŚĆ.

Odeszła Pani od wizerunku „zalotnej uwodzicielki”, który przed laty przyniósł Pani popularność. Czym obecnie uwodzi Pani słuchaczy i jaka jest Pani publiczność?
Moja publiczność, to ludzie o podobnej do mojej wrażliwości. Rozpiętość wieku jest bardzo szeroka. Widuję ludzi od młodości do plus nieskończoności. Ich twarze są bystre, inteligentne i nieco refleksyjne. Czym ich uwodzę? Może tym, że nie o uwodzenie mi chodzi. Dbam natomiast o to, by nikogo nie udawać, nie podlizywać się, przemawiać jakąś istotną dla nas wszystkich treścią, wydobywać piękne dźwięki, ciekawie układać dramaturgię recitalu. Nie staram się także „być” młodszą, niż jestem.

Nieśpiesznie wydaje Pani kolejne albumy i działa wbrew zasadzie „Jeśli o Tobie nie mówią, to Cię nie ma”. Nie zależy Pani na popularności? A może ta aura tajemniczości to strategia?
Nigdy nie przepadałam za popularnością. To nie jest powód mojego śpiewania. Zresztą to, że śpiewam, to przypadek. Kocham muzykę, słowo, interpretację. Sama rozpoznawalność, jest czymś obcym mojej naturze. Raczej mnie to męczy, niż cieszy. Nie mam potrzeby bycia pępkiem świata, zwłaszcza, że zawsze wiedziałam, że nim nie jestem i nie zgodzę się z tymi, którzy twierdzą, że każdy artysta uwielbia popularność. Ja jej nie lubiłam nigdy. Był taki czas, że nie mogłam przejść ulicą, aby ktoś mnie nie zaczepił. Najczęściej reagowano mile, lecz było tego za dużo. Oczywiście wiem, że to cena uprawiania mego zawodu. Zatem przyjmuję to i staram się nie narzekać. Zauważyłam także, że moja decyzja sporadycznej obecności medialnej, bardzo mi służy. Odbiorca jakimś sposobem mnie odnajduje i zapełnia sale koncertowe. Czasem także ktoś dziękuje, że nie poszłam na zawodową łatwiznę. To dla mnie wielki komplement. W dzisiejszych czasach, sztuką jest grywać recital bez reklamy i wizyt w telewizji. Staram się, aby moja publiczność po wyjściu z koncertu, za jakiś czas miała potrzebę powrotu. To zależy od propozycji artystycznej i na tym najbardziej się skupiam.

Nie obawia się Pani, że Pani propozycja jest trochę „niedzisiejsza” – odwołując się do słów piosenki: jak truskawki w Milanówku przy kalarepie z Wołomina?
Nie obawiam się, tym bardziej, że zarówno tej, jak i większości piosenek sprzed lat , od dawna już nie śpiewam. Zostawiam je do dyspozycji młodszych wokalistek. Szanuję mojego słuchacza, co za tym idzie, pracuję nad rozwojem i nie odcinam kuponów od samej siebie. Próbuję wykorzystywać życie zgodnie z obowiązkiem człowieka, bycia pracowitym. Zapraszam na mój recital. Może uda mi się rozwiać Pani wątpliwości ?

Ma Pani swój profil na portalu myspace (choć jest on raczej skromny), jak Pani ocenia zmiany jakie zachodzą dzisiaj : w sposobie istnienia muzyki w mediach, w branży muzycznej ?
Nigdy nie narzekam na rzeczywistość. Ona jest zawsze jakaś. To my powinniśmy za nią podążać, nie odstawać. Staram się być na bieżąco. Obsługuję komputer, uczę się wielu nowych „współczesności”. Za kilka dni otwieram stronę internetową, którą sama zaprojektowałam i nie obrażam się na to, że świat idzie do przodu, ani nie tęsknię za przeszłością.

Pani ostatni album już po dwóch tygodniach zyskał status złotej płyty. Czy było to dla Pani zaskoczenie ? Czy w związku z tym myśli Pani o kolejnej płycie ? Wygląda na to, że słuchacze czekają…
Czy myślę ? Już ją nawet nagrywam. A jeśli chodzi o płytę „BanaszaKofta”, bardzo się ucieszyłam z jej sukcesu. Teraz pracuję nad czymś ciekawszym, bo prawie całkowicie premierowym, a częściowo także autorskim. Jeszcze chwilę to potrwa.

Czy czuje się Pani „matką polskiego smooth jazzu” ? Takie określenie w odniesieniu do Pani zaproponował jeden z krytyków muzycznych.
Matką się czuję, ponieważ posiadam dziecko. To chyba było miłe ze strony tego krytyka, więc mu dziękuję. Przyznam jednak, że nie przepadam za muzyczną tytułomanią w rodzaju : królowa, matka, pierwsza dama. To tylko subiektywne określenia osoby, która w danej chwili ich używa. Mnie wystarcza, że jestem Hanną Banaszak, której się nie myli z innymi „matkami polskiego smooth jazzu”.

Jak Pani ocenia stan naszej edukacji muzycznej ?
Nie stawia się na indywidualizm. Każe się ludziom kopiować innych. To jest największy problem. Widuję osoby bardzo muzykalne i utalentowane, ale odnoszę również wrażenie, że od początku drogi nie ma ich kto skierować na właściwą stronę wyborów. Potem, gdy wreszcie sami dostrzegają, że błądzą, często jest już za późno, ponieważ tak często „zamiatali twarzami” ekrany, że dla ekranów przestają być atrakcyjni. Histerycznie próbują wtedy robić coś prawdziwego, lecz świat już tego nie chce. Kiedy ja zaczynałam śpiewać, wokół było pełno autorytetów. Nie trzeba było wiele pytać. Wystarczyło zauważać, jak każdy z nich jest jedyny w swoim rodzaju. To było oczywiste, że mam być inna.

Jakie książki miały na Panią największy wpływ ?
Bez wątpienia, psychologiczne. To dziedzina, którą chciałam kiedyś studiować. Wcześniej zaczęłam jednak śpiewać i dużo wyjeżdżać. Pozostało mi studiować w „pojedynczym trybie domowym”. Dziś psychologia przydaje mi się w interpretacji tekstów i w dialogach z ludźmi. Czytam człowieka szybciej, niż kiedyś. To mi pozwala dokonywać w życiu właściwszych wyborów.

(rozmawiała – Emilia Czapczyk)



powrót